Urodzinowy obiad Dave’a postanowiliśmy zjeść w Karakterze. Jeszcze tam nie byliśmy, więc wybór tego miejsca na taką uroczystość był dość ryzykowny. Skuszeni ilością pozytywnych komentarzy na temat tej restauracji, zdecydowaliśmy się jednak spróbować. Czy było warto?

Zacznijmy od tego, że bliżej temu miejscu do bistra niż do restauracji i tak je będziemy oceniać. Zarezerwowaliśmy stolik na 14.00. Gdy weszliśmy do środka, sala była zapełniona po brzegi, w końcu była niedziela, pora obiadowa. Wnętrze nowoczesne, przestronne. Pomimo dużej ilości osób, nie było głośno i gwarno, a to za sprawą odpowiednio rozstawionych stolików. Muzyka też była ledwo słyszalna, ja to uważam za plus, bo nie lubię się przekrzykiwać. Od razu po dotarciu do stolika przywitała nas miła kelnerka i przyniosła menu. Nie było dla nas zaskoczeniem, bo dobrze się mu przyjrzeliśmy w domu i nawet mieliśmy już swoje typy.

Menu jest nie za małe i nie za duże. Tu prostota miesza się z elegancją, słodki ze słonym, czyli tak jak powinno być. Piąta ćwiartka i mule bar to bardzo oryginalne połączenie. Wydaje mi się, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Są owoce morza, wieprzowina, wołowina, konina, ryby. Trzeba być wyjątkowo wybrednym, żeby nic nie wybrać. Za menu odpowiedzialny jest Daniel Myśliwiec, którego doskonałe poczucie smaku, mogliśmy poznać w Zazie. Za kartę win, również znany, Kuba Janicki. Karta win to historia na osobny rozdział. Klasyki zostały zamienione nieznanym. I tak mamy słodkawego Rieslinga, wina pomarańczowe i kupaże połączone tak, że do każdego dania możemy wybrać kilka alternatyw.

Złożyliśmy zamówienie, dostaliśmy wina i zaczęło się czekanie. Wiem, że to nie fast food, ale naprawdę czas się dłużył, a wino się ocieplało. Muszę przyznać, że brakowało nam jakiegoś czekadełka. To zazwyczaj jest jakieś pieczywo z masłem, ale sprawia, że jest się czym zająć podczas czekania, zwłaszcza gdy jest się piekielnie głodnym. Wtedy kucharz może na spokojnie przygotowywać dania, a my nie wpadamy z impetem do kuchni wyrywając z patelni ledwo zrobionego steka. Nie wiem, czy tak jest zawsze, czy tylko nam się wtedy trafiło, wrócimy jak Magda Gessler po trzech tygodniach i to sprawdzimy 🙂

Na przystawkę zamówiłam domową konserwę wieprzową a Dave mule zapiekane w beszamelu oraz serca drobiowe na maśle. Jak szaleć to szaleć w końcu to jego urodziny 🙂

Wybijcie sobie z głowy smak kultowej konserwy turystycznej i w żadnym wypadku nie myślcie, że to będzie smakować podobnie. Mięso było pokrojone w duże kawałki, a nie zmielone w podejrzaną breję. Tłuszczyk i galaretka to nieodzowny element tego typu potrawy, w tym wydaniu tylko nadał bogatszego smaku. Wszystko doskonale przyprawione. Mięso nie zostało zabite przyprawami w zawiązku z czym, zachowało swój naturalny smak. Do tego dodatki w postaci sałaty z buraczkami i cykorii z pesto. Pycha. I jak nie lubię wieprzowiny, tak ta forma przypadła mi do gustu.

Mule nas zawiodły. Ich morski smak został zabity przez sporą ilość beszamelu, boczku i sera. Za sprawą tego, z lekkiego dania zrobiła się dość tłusta i ciężkostrawna potrawa. Oczywiście nie było to niesmaczne, ale jeśli macie ochotę na morskie smaki, zamówcie mule w innej formie.

Serca drobiowe oceniamy na plus. Były doskonale przygotowane. Dodatki nie były nachalne i nie przyćmiły smaku głównego bohatera. Sos był idealnie maślany, trochę za mało wyczuwalny smak trufli, ale być może dzięki temu wszystko zachowało idealny balans. Kruche marchewki były przepyszne w przeciwieństwie do rozgotowanego pak-choy. Do tego bułka z waniliowo-pietruszkowym mazidłem. Ogólnie danie bardzo przyzwoite.

Gdy już byliśmy dość najedzeni przystawkami, przyszedł czas na danie główne. Ja zamówiłam sobie pieczone żebro wołowe a Dave pieczony boczek. Byliśmy bardzo ciekawi smaku.

Żebro jak dla mnie perfekcyjne. Rozpływało się w ustach. Duszone osiem godzin w Guinnessie, nabrało cudownego aromatu. Niewysuszone, delikatnie doprawione idealnie komponowało się z kremowym purée. Nie trzeba się długo rozpisywać o tym daniu, trzeba go spróbować!

Boczek był dobry, ale nie tak dobry, jak żeberka. Dużą zaletą tego dania były dodatki. Doskonała polenta, kwaskowe jabłka, kaszanka i delikatny sos pietruszkowy. Świetnie do siebie pasowały i nadawały charakteru całemu daniu. Bez nich boczek to tylko boczek.

Na deser się nie zdecydowaliśmy. Po pierwsze dlatego, że nic byśmy już nie zmieścili, po drugie dlatego, że nic nas nie zachwyciło, na co mielibyśmy ochotę, nawet nie mogąc się ruszać z przejedzenia.

Całość odbieramy bardzo pozytywnie. Miejscami nieco przekombinowane, ale smaczne. Ceny niezbyt wygórowane. Wina to duży atut, zwłaszcza dla osób, które chcą spróbować czegoś nowego. Ciekawe kulinarnie miejsce na mapie Krakowa, bo przecież nie wszystko, co dobre musi być w Warszawie.

mm
Napisane przez Justi
Psychoterapeutka, po uszy zakochana w kotach. Miłośniczka filmów, makaronów i ładnych rzeczy. Kreatywna i dobrze zorganizowana.

    6 komentarzy

  1. Brix 14 listopada 2016 at 20:37 Odpowiedz

    Z tego co piszesz smacznie tam.. Z chęcią skosztowałbym tych serc, bo uwielbiam podroby!

    • mm
      Justi 15 listopada 2016 at 11:45 Odpowiedz

      W takim razie polecam. Daj znać czy Ci smakowało. Pozdrawiam

  2. Faux Pas 16 listopada 2016 at 14:45 Odpowiedz

    Byliśmy z facetem w Karakterze i nie polecam tego miejsca. Dania przyszły ze sporym opóźnieniem i średni nam smakowały. Do tego obsługa… Ale może trafiliśmy na zły dzień 🙁

    • Krzysiek 16 listopada 2016 at 20:17 Odpowiedz

      Ja byłem ostatnio z żoną i jej rodzicami i mam odmienne zdanie. Może faktycznie trafiłaś na zły dzień albo coś. Wszyscy z naszej czwórki chodzą trochę po restauracjach i zgodnie przyznaliśmy, że poziom jest bardzo wysoki. Połączenie podrobów z białą czekoladą jest naprawdę świetne. Kuchnia trochę w stylu krakowskiej Zakładki, ale szef kuchni zdecydowanie odważniejszy.

      • mm
        Justi 16 listopada 2016 at 20:50 Odpowiedz

        Podzielam zdanie.

    • mm
      Justi 16 listopada 2016 at 20:47 Odpowiedz

      Może tak być. Myślę, że Wy i my musimy się przejść jeszcze raz i to sprawdzić 🙂

Skomentuj